piątek, 7 listopada 2014

Piszczałkowy zawrót głowy

Witajcie. Wiem, że się niecierpliwicie i oczekujecie (dobrych) wieści o Piszczałku. Wczorajsze badania i konsultacje z weterynarzem, może nie dołożyły ale też nie rozwiały naszych wątpliwości.O ile sam Piszczałek czuje się dobrze, ma apetyt, nie stracił na wadze a badania krwi poza znacznie podwyższonymi białymi krwinkami zachowują normy to pytania dotyczące zabiegu usunięcia nowotworów wciąż pozostały otwarte ze względu na ryzyko powikłań czy skuteczności zabiegu i ich trudne umiejscowienie.

Nie ukrywam, że przytłacza mnie ta odpowiedzialność, głowa mi pęka od myśli nad możliwymi rozwiązaniami i miotam się pomiędzy dostępnymi alternatywami. Wiem, że nowotwór w cudowny sposób sam nie zniknie a życie Piszczałka będzie powoli gasło, z drugiej strony ryzyko jakim jest obarczony zabieg i jego konsekwencje mogą mu dostarczyć wielu cierpień przez następne miesiące. Rozumiecie więc chyba moje rozterki i świadomość zagrożeń bez względu na podjętą decyzję.

Postanowiłem dokonać konsultacji z jeszcze jednym weterynarzem i wykonać u niego serię dodatkowych badań a i dzięki blogowej przyjaciółce (wprawdzie zaocznie - telefonicznie/mailowo) skonsultować się z trzecim fachowcem z innego miasta. Czas nieubłaganie ucieka ale jest to na tyle trudny przypadek, że następne kilka dni chcę jeszcze mimo wszystko poświęcić na dokładne rozpoznanie ale też pozbycie się wciąż dręczącego świerzba z uszek Piszczałka, tak by w przypadku zabiegu były już czyste i nie wdała się infekcja.

Proszę o wyrozumiałość i cierpliwość bo nie chcę podawać Wam tutaj nie do końca pewnych informacji a i unikam pochopnych działań.Piszczałek jest w dobrych rękach, ja zapewniam mu leczenie a rodzina Sylwii ciepło i codzienną opiekę. Podrzucam mu jedzonko, zabaweczki a w nowym domu otaczają go miłością.



Chciałbym Wam pokazać zdjęcie, które zrobiłem przedwczoraj...


... jest ono wykonane z tego samego miejsca jak to pochodzące z 1888 roku gdy ówczesna Straż Ogniowa przeprowadzała manewry na budynku Ratusza. Podaję to jako ciekawostkę ale ma to również związek z Piszczałkiem bo w miejscu, z którego je robiłem jeszcze kilka tygodni temu dokarmiałem tego bezdomnego wtedy łobuziaka...


Wiem, że każdy ma swoje życie, obowiązki, troski i wielu z Was boryka się ze swoimi własnymi problemami a mimo to okazaliście nam wiele serca i zainteresowania a nawet wsparliście rzeczowo i finansowo mimo, że macie swoje wydatki, zobowiązania i również Wam nie jest lekko.

Alina (Piła), Ewa (Warszawa), Julita (Warszawa), Atena (Głogów), Marianna (Warszawa), Jolanta (Białystok), Magdalena (Złotoryja), Nina (Olsztyn), Małgorzata (Wrocław), Teresa (Szczecin), Ewa (Bolesławiec), Anna (Gottingen), Barbara (Białystok), Katarzyna (Sosnowiec) ... to dzięki Waszym darom jest możliwe bieżące opłacanie rachunków u weterynarza, kosztów leczenia, medykamentów i testów. Jeżeli kogoś pominąłem to proszę wybaczyć ale sami wiecie jak to jest z bankami, łapczywie i natychmiastowo ściągają opłaty zaś wpływy na konto księgują opieszale i z długim opóźnieniem.

Chciałbym Wam podziękować oraz złożyć wyrazy wdzięczności i szacunku za Wasze wsparcie - to moralne również ponieważ Wasze ciepłe serca są nie do przecenienia. Dziękuję. Czekajcie na Piszczałkowe wieści.


poniedziałek, 3 listopada 2014

Piszczałek. Pytania, wątpliwości, obawy...

Ten wpis był właściwie aktualizacją poprzedniego ale wielu z was zwróciło mi uwagę, że ludzie czytają tylko to co nowegoim się wyświetli w aktualnościach i rzadko wracają do poprzednich wpisów. Wyciąłem więc "aktualizację" i niczego nie zmieniając wklejam jako osobny wpis bo tak na prawdę nic się nie zmieniło: walczę o życie wspaniałej istotki zwanej przeze mnie Piszczałkiem...

Cały weekend dręczyły mnie różne myśli na temat Piszczałka. Dziś nie wytrzymałem i poszedłem do lecznicy dopytać wiele rzeczy. Oba nowotwory znajdują się bardzo głęboko w przewodzie słuchowym. Nie da się ich ani zobaczyć ani wyczuć dotykiem bo zakryte są chrząstką (wręcz wnikają w czaszkę). Pobranie tkanki poprzez biopsję jest niemożliwe, więc należy rozciąć mu tył głowy aby dostać się do tych miejsc a to wymaga narkozy i w przypadku złośliwości tych tworów naruszenie ich stanowi poważne zagrożenie. I tu właśnie jest duże prawdopodobieństwo, że jest to jednak nowotwór złośliwy a ten w drugim uchu jest jego przerzutem. Istnieje też kwestia gojenia rany po ewentualnym zabiegu, uszka wciąż są bardzo zanieczyszczone zarówno ze świerzba jak i "wydzielin" guzów, do tego bardzo niepokojące jest krwawienie nie z samych nowotworów lecz ich okolic. To wszystko prowadzi do konkluzji, że skoro pobranie tkanki wiąże się z narkozą, zabiegiem, naruszeniem prawdopodobnie złośliwego tworu oraz możliwościami powikłań to równie dobrze można próbować wyciąć te guzy - w obu przypadkach narażając życie Piszczałka na poważne ryzyko. Aby dowiedzieć się czy nowotwór nie objął też kości czaszki można wykonać rtg, pomijając że musiało by się to odbyć w znieczuleniu to gdyby tak rzeczywiście było to nazwijmy to brutalnie nie byłoby już żadnej nadziei. Kontrast nie da właściwego obrazu ze względu na zainfekowane i krwawiące uszy... Piszę to bardzo chaotycznie ale to bardzo skomplikowany przypadek, rodzący więcej pytań, wątpliwości i obaw niż odpowiedzi.

Ustaliliśmy więc z weterynarzem, że nie będziemy działać pochopnie aby Piszczałkowi nie zaszkodzić, by próbując leczyć nie zabić go przedwcześnie lub nie sprawić mu dodatkowych cierpień. W czwartek wykonamy następne badania, "zajrzymy" mniej inwazyjnie do ucha i podejmiemy kolejne kroki. Pośpiech nam tu nic nie da, wierzę że weterynarz wie co robi i znajdziemy najlepsze rozwiązanie.



PS Wracając z lecznicy z dokumentacją Piszczałka uderzył mnie w oczy szyld jakiegoś lokalu gastronomicznego... aż mnie wryło w ziemię bo odczytałem "Piszczałka" zamiast "Pizzałka". Kocham go i nie pozwolę mu zginąć. Jedno życie dostał od swoich rodziców, drugie dałem mu ja zabierając go z ulicy - nie wykorzystał swego kociego limitu siedmiu żyć, będziemy o nie walczyć.



Spływają do mnie pieniądze od Was... Jestem wzruszony i nie wiem jak mam Wam podziękować.To Wy, jakby nie było obcy ludzie, okazujecie zupełnie bezinteresownie tyle serca gdy człowiek na co dzień przekonuje się, że w różnych sytuacjach życiowych potrafią zawieść nawet bliscy znajomi czy przyjaciele. Wierzę, że Wasza ofiarność i nasze działania przyniosą pozytywne rozwiązanie.

Piszczałek w ciepłym domu ze swoją przybraną psią siostrą Kropką:


sobota, 1 listopada 2014

Piszczałek. Psikus od losu.

Święto Zmarłych i Dzień Zaduszny to czas naszych wspominek o tych co odeszli, zadumy nad życiem i śmiercią a dla niektórych to też okres halloweenowej zabawy i przebieranek. Dla wielu zwierzolubnych, to nie tylko dni pamięci o najbliższych nam ludziach ale również o naszych czworonożnych przyjaciołach. Powinienem dziś wspomnieć Baldricka, Szanę czy niedawno tragicznie zmarłego Kapitana Morgana. Oni oczywiście wciąż są w mojej pamięci, bardzo za nimi tęsknię i wciąż zastanawiam się czy ich śmierci można było uniknąć. Trudno mi dziś jednak roztrząsać to co przeszłe gdy przewrotny los stawia mroczne karty na najbliższą przyszłość.

Piszczałek pomyślnie przeszedł kastrację i bez komplikacji wybudził się z narkozy. To jednak koniec dobrych wiadomości...


Podczas narkozy była możliwość dokładnego wyczyszczenia jego mocno zaświerzbionych uszek. Zabieg ten ujawnił jednak coś nieporównywalnie gorszego. W jego uszkach stwierdzono obustronnie obecność zmian rozrostowych w formie polipu o czarnym zabarwieniu zlokalizowane dość głęboko w przewodzie słuchowym, trudne lub nawet niemożliwe do usunięcia... Wstępna diagnoza mówi o obustronnym nowotworze przewodu słuchowego z dużym prawdopodobieństwem zmian złośliwych. Piszczałek traci na wadze (teraz waży zaledwie 3,6 kg) a ucisk guzów na nerwy powoduje problemy ze wzrokiem, może być też przyczyną jego niespodziewanych i niezrozumiałych zachowań agresywnych...


Wnętrze prawego ucha Piszczałka z widocznymi zmianami nowotworowymi:


Wnętrze lewego ucha Piszczałka z widocznymi zmianami nowotworowymi:



W przyszłym tygodniu zrobimy badanie mikroskopowe oraz jeśli się da to pobierzemy wycinek do badania histopatologicznego, na wyniki którego trzeba będzie jednak poczekać długie tygodnie. Jestem zdecydowany go leczyć i wykonać zabieg ale to zależy od wielu czynników. Jak będzie postępować spadek jego wagi, jak będą się rozwijać guzy, czy nie nastąpią dalsze przerzuty i najważniejsze czy interwencja chirurgiczna będzie w ogóle możliwa.

Zabrałem Piszczałka z ulicy by uchronić go od niechybnej śmierci. Leczyłem go aby żył długo i szczęśliwie w swym nowym domu. Losie przewrotny! Czemu ukazujesz cynizm i okrucieństwo Lokiego? Czemu niweczysz ten wysiłek chcąc przeciąć nić z takim trudem ratowanego żywota? Mało zła  ta cudowna istota doświadczyła od ludzi? Dlaczego? 

Nie potrafię dziś zebrać myśli. Tyle pytań kołacze po mojej głowie. Czy nowotwory w obu uszkach okażą się rzeczywiście złośliwe? Czy jest jakaś szansa by móc przeprowadzić zabieg ich usunięcia w tak trudnym i niedostępnym miejscu? Jak długo Piszczałek będzie żył gdy nie będzie możliwości ich wycięcia lub gdy uda się ich pozbyć to czy nie wystąpią komplikacje i przerzuty? Wreszcie czy jego cierpienie nie zmusi nas do ostatecznej i nieodwracalnej decyzji o jego uśpieniu? Jestem rozbity...

PS Siedzę, myślę, czytam, pytam, szukam rozwiązań. Na pewno wiem, że zrobię wszystko co będzie w mojej mocy i mocy weterynarzy aby uratować Piszczałka. Złożymy się z Sylwią na jego leczenie ale nie wiem czy będziemy w stanie udźwignąć wszystkich kosztów badań (morfologia, rtg, histopatologia, itd.), zabiegu oraz działań pooperacyjnych mając na uwadze to, że oboje mamy jeszcze swoje domowe zwierzęta, które również wymagają opieki weterynaryjnej.