Mefisto, buntownik i przekora, wszystko robiący na opak, łaknący wolności uciekinier. W schronisku, z którego go przygarnęlismy opisywany był jako:
"Heweliusz (tak go nazwano w schronisku) to kocur o niby - twardym i niby - nieustępliwym charakterze. Jednak pod wpływem odrobiny czułości z tygrysa przekształca się w potulnego kotka. Najczęściej usytuowany blisko drzwi wejściowych stara się wymruczeć sobie właściciela. Co dotychczas kończyło się dla niego wielkim niepowodzeniem". Takiego go też tam pierwszy raz ujrzeliśmy, zaczajonego przy furtce wejściowej, częściowo zlęknionego, częściowo zaciekawionego. Poznałem go jednak na tyle dobrze, że wiem, że jego stałe niemal rezydowanie przy wejściu, nie było próbą wymruczenia sobie nowego właściciela, lecz czekaniem na okazję, by stamtąd prsynąć. Przycupnięty przy furtce obmyślał szczwany plan wielkiej ucieczki. Pozostało mu to zresztą do dzisiaj. Przychodząc z pracy do domu sam już nie jestem pewien, czy pobudzony Mefisto wita mnie przy drzwiach wejściowych czy poprostu sposobi się, by prysnąć na zewnątrz.
Od początku założyliśmy, że Mefisto będzie typowo domowym kocurkiem, nie puszczanym samopas poza mieszkanie, które stało się jego królestwem. W mieście czycha zbyt dużo niebezpieczeństw w postaci pędzących samochodów, mechanicznych pułapek, zwierząt (nie tylko nieprzyjaznych psów czy dzikich kotów, bo choć to niemal środek miasta natknąłem się ostatnio na lisa i kunę) a przede wszystkim ludzi. I to nie tylko zwyrodnialców, znęcających się nad zwierzętami, lecz również tych odrażających dla mnie kocich mamusiek, które tak naprawdę nie kochają zwierząt, lecz mają niezłą sieczkę w głowie. Kolekcjonują koty jak przedmioty, potrafią zwinąć z ulicy zadbanego kotka z obróżką, który zgubił się lub czmychnął włascicielowi, by tymczasowo dać upust swemu instynktowi. Ot, kolejny kot-przedmiot do kolekcji. Przed wypuszczaniem Mefisto samego powstrzymuje mnie jeszcze możliwość przywleczenia jakichś choróbsk od innych kotów. Tym bardziej, że leczymy go nieustannie od kilku miesięcy z tego czego nabawił się w schronisku.
Nie mniej jednak, stanąłem przed dylematem, czy "więzić" w domu takiego indywidualistę, tęsknie i z zaciekawieniem oglądającego przez okno świat, podjudzanego przez przelatujące i ćwierkające ptaki. Do tego sam Mefisto zaczął pod drzwiami urządzać niesutanne koncerty na wysokich rejestrach, że dostał nową ksywkę "Pi...ny Pavarotti". Zakupiłem więc smyczkę i szelki, choć zawsze uważałem paradowanie z kotem na smyczy jako mocno giejowate.


Pierwsza próba założenia tego ustrojstwa okupiona była ostrymi protestami, fukaniem, syczeniem, podrapaniem i niezłą awanturą między mną a Mefisto. Wypchnięty niemal na siłę za drzwi Mefisto przestał kozaczyć. Choć do przodu pchała go ciekawość i wreszcie częściowo spełnione marzenie, to nowość tej sytuacji napędzała mu niezłego stracha. Skulony, z przyciśniętymi do głowy uszkami, nerwowo zamiatając ogonem, drżąc ni to z podniecenia ni to ze strachu przemykał wzdłuż ścian budynku jak na tajnej akcji. Następnego dnia jednak już sam wpychał główkę w szelki, niecierpliwiąc się tylko, że zakładanie tego "chomąta" tak długo trwa.
Fajnie jest sprawiać radość swemu futrzakowi. Efekt jest jednak taki: koncerty pod drzwiami mam teraz całodobowo - Pavarotti drze non stop mordkę "wypuść mnie, wypuść, chcę na spacer!".