Po niespodziewanej i tragicznej śmierci Kapitana Morgana postanowiłem zawiesić na dłuższy czas działalność naszej Tawerny. W obliczu tego co się stało ale też wyczerpania (przede wszystkim psychicznego) związanego z moją pracą oraz kataklizmem, który dotknął me życie osobiste, słowa które dotąd wypływały ze mnie przestały tworzyć ciekawe historie a wiele rzeczy nie daje już radości.
Przerywam milczenie, bo podzielenie się z Wami dzisiejszym wpisem być może przyniesie trochę ulgi dla skołatanej duszy i oderwie choć na chwilę myśli od tego co teraz prywatnie doświadczam.
Dziś, w biały dzień, na ruchliwym Rynku Starego Miasta pod budynek Magistratu podrzucono dwa małe kociaki. Panie z kancelarii, które usłyszały żałosne miauczenie pod oknami zabrały te wystraszone biedactwa do biura. Straż miejska nie przyjęła zgłoszenia a telefonicznie poinformowano je ze schroniska, że kociaków tam również nie przyjmą. Ktoś szybko skojarzył mnie z kocią sferą i zadzwoniono do mnie czy nie zaopiekował bym się małym kotkiem. Odpowiedziałem, że to wykluczone, że nie jestem przygotowany na to ani finansowo ani psychicznie, przechodzę ciężki dla mnie okres w życiu a muszę samotnie utrzymać siebie i sam zapewnić opiekę moim dwóm kocurom. Mój opór został jednak złamany po drugim zdaniu, że jednego z tych podrzutków już ktoś przygarnął ale tego drugiego nikt nie chce. Biegnąc po Schodach Rycerskich w kierunku głównego budynku Urzędu Miejskiego pomyślałem, że zaopiekuję się kociakiem chwilowo próbując znaleźć mu jakiś dobry dom. Zabrałem więc malotę do swego biura:

Wykonałem kilka telefonów ale chętnych niestety nie było. Nie dziwię się. Ci co by mogli przygarnąć i zasługiwali na kota już mają swoje a i ciągle spotykają się z podobnymi historiami robiąc za "tymczasy". To wyjątkowo zły okres dla zwierząt. Wiele ich narodziło się po wiosenno-letnich amorach zasilając kolejne rzesze bezdomnych i niechcianych. Wiele z nich zostało wyrzucone z domów. Okres wakacyjny, gdy ludzie masowo pozbywają się zwierząt, zbiera tragiczne żniwo. Te dwa kociaki miały o tyle szczęścia, że ktoś "litościwie" wyrzucił je w widocznym miejscu a nie wywiózł do lasu, nie utopił, nie udusił, nie zakopał czy nie zabił w jakikolwiek inny sposób.
Kotek zaczął dokazywać w biurze - urwałem się więc z pracy i popędziłem do domu. Choć niosłem go na rękach to nie wiem jakim cudem zrobił mi po drodze solidnego kupala do kieszeni kurtki co wyszło dopiero podczas wyciągania z niej kluczy do mieszkania.
Stawiałem, że podrzutek (kotek a nie kupal) jest kocurkiem ale już po pierwszych chwilach w domu zacząłem podejrzewać, że jest to kotka... Na wstępie zrobiła piekielną awanturę witającym ją Mefisto i Morfeuszowi.
Zabrałem ją do zaprzyjaźnionego weterynarza by zrobił ogólny przegląd jej stanu. Nie wiem jak to interpretować ale zawsze w szczególnych, nagłych i pilnych przypadkach trafiam na burzę lub raczej burza trafia na mnie. Gdy niosłem Mefisto oberwaliśmy kulami gradowymi, pędząc z wykrwawiającym się Morganem zlał nas wodospad deszczu. Nie inaczej było tym razem. Może to patron dnia, w którym się urodziłem, gromowładny Thor ciska we mnie z jakiegoś powodu piorunami. No tak, dziś jest czwartek - Jego dzień...
Weterynarz potwierdził, że jest to kotka i ocenił jej wiek na około 8-10 tygodni. Nie zawyżajmy damie wieku więc przyjmijmy, że jest to 8 a nie 10 tygodni a datę jej urodzenia ustalmy na 29 maja. Odrobaczyliśmy ją i umówiliśmy na następne wizyty. Mała dama waży 0,475 kg czyli pewnie tyle co jedna łapka moich M&Msów. W porównaniu z nimi jest maciupka i muszę ją wyciągać z najsekretniejszych kątów, o których nawet nie miałem pojęcia, że istnieją w moim mieszkaniu, starając się przy tym jej czymś nie przygnieść.
Nie wiem czy jest tak smoliście czarna jak Mefisto bo na razie jest lekko przykurzona. Z pewnością ma bardzo duży apetyt a co ważne je samodzielnie.
Nie wiem czy potrafi korzystać z kuwety. Co jakiś czas wsadzam ją do kociej latrynki. Coś tam sobie grzebie w żwirku, przysiada jakby chciała zrobić to co trzeba ale moje kocury ją rozpraszają bo zbiegają się do tej czynności jak na jakieś widowisko. Póki co więc latam ze szmatą po mieszkaniu...
Przez grzech zaniechania zginął Kapitan Morgan i nie mógłbym popełnić już takiego błędu. Zabrałem ją więc do siebie choć nie chcę się do niej przywiązywać i będę wciąż starał się znaleźć jej dobrych opiekunów. Nie widzę możliwości jej zatrzymania ale... to cudna istotka.
Dziwne znaki. Od kogo? Losu? Bogów niejedynych?
Dla kogoś ważnego (najważniejszego) dla mnie umarłem... Choć ciężko przekładać relacje międzyludzkie na zwierzęco-ludzkie to może narodziłem się właśnie dla Moiry... a może to Morgan powrócił w innym futerku...
Tak, nadałem jej imię... MOIRA...
Moira. Krótki filmik...